reklama adsense

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog pary gejów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog pary gejów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 października 2014

Comeback

Dinozaury (muzyczne) powracają. Z różnym rezultatem, którego nie sposób przewidzieć, choć nie bez znaczenia zdaje się być sama intencja powrotu. Czy to z potrzeb artystycznej duszy czy topnienia stanu konta...
Warto pamiętać, że bywały i takie powroty jak ten Tiny Turner. Gwiazdy nie trzeba przedstawiać choć już mniej osób zdaje sobie sprawę, że te wszystkie wielkie przeboje lat 80. to był właśnie rzeczony comeback.

 Pani w średnim wieku, kilka lat po rozwodzie. Kiedyś popularna ale duecie z mężem, dawno. Tak wyglądała sytuacja w przeddzień rozpoczęcia kariery solowej. Co było potem? The best!
Od razu mogę polecić film "Tina", w którym te koleje losu zostały bardzo dobrze przedstawione.

A pisze o tym dlatego, że i ja robię comeback :). Czy wielki to się okaże. Po kilku ładnych latach przerwy, 3 latach namowy przez M. a dwóch latach przygotowań od kilku dni znów jestem studentem. Wróciłem na wydział, na który dostałem się zaraz po maturze. 

Musiało upłynąć wiele wody w Wiśle żebym zrozumiał, że odejście na 3 roku z całkiem perspektywicznych bezpłatnych studiów dziennych to nie jest innowacja roku. 

Tylko co zrobić kiedy człowiek ma już pracę, wydatki, kredyty, swoje nowe zwyczaje, małe przyjemności, te wszystkie ciuchy. A moda się zmienia :).
W 2011 roku zacząłem przyglądać się własnym wydatkom, różnym niby-miniratkom, kredytom, kartom. Zrozumiałem, że nie tylko "wiszę" kilkanaście tysięcy ale z każdym rokiem tych długów jest coraz więcej. Jeśli nad tym nie zapanuję to nie ma szans na dokończenie studiów a jakiekolwiek zawirowania wokół posady mogą skończyć się źle. 
Potem były eksperymenty, Exel, exel i jeszcze raz exel. Schodzenie z kosztów i spłata. Czasem z bólem serca, bo jak nazwać sytuację gdy dostajesz 6 tysięcy premii i tego samego dnia robisz przelew na konto kredytu. Rzucenie palenia. Zmiana kosmetyków. 
W tym miejscu chciałbym potwierdzić, że przynajmniej w moim przypadku dobrze dobrane kosmetyki naturalne zdziałały cuda, z którymi nie poradziły sobie ani vichy ani inne menexperty itp. I serio, nie piszę tak bo akurat musiałem dokonać takiej zmiany, samo przejście na mydło dziegciowe czy marsylskie albo szerokie zastosowanie olejku rycynowego odbywało się jeszcze w czasie gdy tylko sprawdzałem różne sposoby na redukcje kosztów. Rezultaty były takie, że cała chemia poszła do kosza jeszcze na długo przed rozpoczęciem oszczędzania na serio (kiedyś napiszę o tych cudach). Na ubraniach nie oszczędzam, tu się nie da zbyt wiele zrobić a szkoda. 
Przez czas przygotowań wszystkie pomysły na ekstremalne cięcie kosztów  wydawały mi się dziwne i gdyby nie wsparcie M. raczej zarzuciłbym projekt powrotu. Teraz kiedy już jest to JUŻ nie mogę się nadziwić!!! Nie mam  długów, posiadam oszczędności, które rosną, mam mnóstwo czasu na naukę i rozwój a także kilka zajęć dodatkowych które lubię a dzięki którym mam na wszystkie bieżące wydatki i jeszcze coś zostaje. 



niedziela, 28 września 2014

Urodziny

W tym dniu zwykle jestem chory. Bynajmniej nie chodzi o cierpienia duszy, tak powszechne gdy ta najważniejsza w tym dniu liczba zaczyna być wysoka. Może to być jesień a może jakieś bardzo specyficzne uczulenie aktywujące się w końcówce września.
Niemniej jednak staram się aby zawsze coś wyprawić, choćby symbolicznie. Tak samo w tym roku. Urodziny spędzałem wyjątkowo nie u siebie a u M. Postanowiliśmy stanąć na wysokości zadania, przygotowaliśmy zarówno danie główne - naleśniki meksykańskie jak i ciasto a dokładniej murzynka z buraków (genialne ciasto, ja robię z tego przepisu: http://kulinarnamekka.com/czekoladowe-ciasto-burakami-niesamowicie-soczyste/). Goście przynieśli wino i było naprawdę miło. Trochę brakowało mi tych szalonych stanów, które zdarzało mi się łapać kiedy jeszcze byłem sam i nikt mi nie liczył alkoholu. Ale wiem, że to troska. W końcu też znalazło się miejsce na śmiechy i na nocne rozmowy do 3ciej.
Zauważyłem, że w pewnym momencie człowiek przestaje liczyć, które to urodziny. Nie ma kryzysów, najgorzej było tak koło 25tych urodzin. Tak patrzyłem w lustro, szukałem znaków upływającego czasu na skórze ale później już nigdy to nie wróciło. Być może coś pojawi się w przyszłości. Witkowski pisał, chyba w tej najnowszej książce, że 30stka to taki wiek, w który wchodzi się jako młody facet a im bliżej końca tym bardziej wychodzi dziad. Dziad czy nie-dziad jakoś też na jakimś etapie przestałem zwracać uwagę, na to jak jestem odbierany w sensie fizycznym. To nie znaczy, że przestałem dbać o siebie, za to nie ma takich sytuacji jak jeszcze kilka lat temu. Kiedy jakiś chłopak dłużej spojrzał się na ulicy to już pojawiały się rozważania - czy to tak ładnie dziś wyglądam czy może mam coś na twarzy. Dziś te akcenty są rozłożone zupełnie inaczej.

sobota, 20 września 2014

Amerykanin na Kazimierzu

Dziś z M. wybraliśmy się na krakowski Kazimierz. Dzielnica legenda a jakoś nigdy wcześniej nie było nam po drodze. Może to moje narzekanie, że za mało wychodzimy... No i wyszliśmy a nawet wychodziliśmy - tak zapobiegawczo nastawiając się na marsz zabrałem krokomierz i to cudo naliczyło ponad 16 km. W nogach też czuję, że mogło tyle być :).
No więc wracając do Kazimierza, przeszliśmy pieszo z Rynku. Kiedy tylko znaleźliśmy się na miejscu od razu wyczułem, że te wszystkie opowieści o klimacie wcale nie przesadzają.
Ludzie siedzący na chodniku, na schodach, niesamowite oryginalne stroje i małe tematyczne knajpki. Zawsze czułem jakąś niepisaną więź z tą całą cyganerią artystyczną. Po prostu lubię takich ludzi i rozpoznaję nawet jeśli nic zewnętrznego na to nie wskazuje.
M. zawsze mówi "dekadencja". Przysiedliśmy na placu przy Synagodze Starej i obserwowaliśmy ludzi, próbowaliśmy zgadnąć narodowości turystów a w tle niesamowita, klimatyczna muzyka żydowska grana na żywo w przed pobliską restauracją. Akurat zachodziło słońce a to taka sentymentalna pora, próbowałem sobie wyobrazić jak było tu dawniej. W takim miejscu nie jest to trudne. Wracając na chwilę do turystów, od razu widać tych naszych lokalnych. To coś jest w strojach, albo styl "wdział co miał" czyli bez stylu czy jakiejkolwiek refleksji albo "barok to za mało" czy sztuczne pseudostylizacje na bogato. Nie mówię, jest mnóstwo oryginalnie, ciekawie ubranych ludzi tylko wciąż trzeba ich szukać w tłumie. A na przykład - może akurat miałem szczęście - obok zatrzymała się wycieczka szkolna z Hiszpani. Nie było tego nadęcia ale trendy i styl jak najbardziej. Plecaki typu vintage, ciekawe połączenia np. białe spodnie w pionowe pasy, adidasy typu Nike Air Force białe i czarna skórzana kurtka motocyklowa. I to wszystko zwykła młodzież szkolna. Był luz, był pomysł na siebie i ten szyk, którego u nas prawie nie ma. I chyba nigdy nie było - ostatnio czytałem felietony Magdaleny Samozwaniec z lat 70. ( Z pamiętnika niemłodej już mężatki, Warszawa 2009) i jej refleksje na temat ówczesnej warszawskiej mody ulicznej identyczne. Wtedy można było zwalić winę na PRL ale teraz?

Wracając do Kazimierza i naszego spaceru. Namówiłem M. żebyśmy weszli do jednej z tych małych śmiesznych knajpek. Wybraliśmy losowo restauracyjkę na rogu. Okazało się, że nazywa się Well Done i serwuje kuchnię amerykańską. Już jakiś czas temu zainteresowałem się tym regionem w kulinariach i nawet wykonałem kilka tamtejszych dań. Tym chętniej zamówiłem pancakesy z syropem klonowym - chciałem sprawdzić na ile to co mi wyszło jest bliskie oryginałowi. M. coś z poczatku narzekał, że dekadencja no ale przekonany zamówił frytki zapiekane z serem. No więc trochę się rozczarowałem. O ile atmosfera miejsca i przychodzący ludzie zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie to jeśli chodzi o kuchnie - szału nie ma. M. stwierdził, że po prostu cała amerykańska kcuhnia jest do.... No ja się nie zgodzę ale pancakesy to nie jest moje danie. Za to umiem zrobić takie same bo smakowały identycznie jak te zrobione samodzielnie według przepisy.

Już teraz wiem, że to nie ostatnia wyprawa na Kazimierz, chcę lepiej poznać to miejsce a jeden dzień to zdecydowanie za mało.


niedziela, 30 września 2012

Cięcie Madame Pompadour

Jeśli lubisz nosić ciekawą fryzurę. Szukasz czegoś naprawdę modnego a jednocześnie całkiem nowego, innego i charakterystycznego to będzie post dla Ciebie.

Często najtrudniej dojść do nazwy zjawiska. Widzisz, że jakiś ciuch czy fryzura zaczyna być noszona na ulicy, umiesz mniej więcej opisać a nie znasz jej nazwy. Na szczęście jest internet. Szybko zauważyłem, że przy instrukcjach wykonania fryzury, o którą mi chodzi pojawia się słowo pompadour a na forach można spotkać się z określeniem fryzura pompadour czy męski pompadour.

Przechodząc do konkretów, do wykonania potrzebny będzie produkt do stylizacji. Firmy kosmetyczne szybko dostosowały się do zmieniających trendów i na półkach drogerii można już spotkać specjalny puder do robienia takiej fryzury pompadour z odpowiednim zdjęciem na opakowaniu (wiem jak to brzmi: "puder do fryzury pompadour"....:D).
Osobiście uważam, że całkiem nieźle się spisuje, czasem potrzeba tu i ówdzie podtrzymać włosy gumą stylizującą. Można też zastosować suszarkę, szczotki czy krem got to be: beach boy. Wszystkie przy zastosowaniu odpowiedniej techniki dają podobny efekt.

Sposobów na ułożenie męskiej wersji fryzury pompadour jest tak dużo jak samych filmików instruktażowych. Najlepiej po prostu sprawdzić, która najlepiej spisuje się na naszych włosach, każde są inne. Po wpisaniu w wyszukiwarce YouTube frazy "pompadour hair" otrzymujemy 1430 wyników ze instrukcjami na męską i damską wersję tej fruzyry. Możemy przebierać w wersjach, od tych całkiem retro, przypominających uczesania z lat 50. i 60. po najbardziej współczesne. Ważne, żeby szukać na stronach anglojęzycznych , w Polsce ciągle ta moda raczkuje i nie znajdziemy zbyt wiele materiałów - szczytem odwagi w męskim strzyżeniu ciągle wydaje się niemodny już irokez czy różne asymetryczne, opadające na czoło emo-grzywki.



Ciekawa jest damska wersja, noszona choćby przez Lanę Del Rey czy Janelle Monae. W połączeniu z modnymi sztucznymi rzęsami i eyelinerem dziewczyny wyglądają jak żywcem przeniesione z początku lat 60. Zresztą w przypadku Lany to chyba zabieg w pełni świadomy, a porozwieszane na mieście plakaty z piosenkarką w sweterku z angory H&M zdają się także mieć pół wieku.





No ale nie zmieniam tematy tylko dorzucam mój ulubiony filmik ze sposobem wykonania fryzurya jednocześnie zwracam się z pytaniem, czy samo stryżenie/uczesanie ma jakąs rodzimą nazwę, której nie znam?




czwartek, 20 września 2012

Niszowe zapachy - WARS

Pamiętam jak w poprzednim miejscu pracy po każdej premii kwartalnej, w dniu wypłaty udawałem się do pobliskiej perfumerii poszukać czegoś nowego. Najbardziej oczekiwałem na chwilę gdy zakocham się w zapachu od pierwszego wejrzenia. Zdarzyło się to kilka razy i potem długo używałem tych perfum.
Same zapachy potrafią "znaczyć" okresy w życiu.
Kiedy poznałem Misiakosa używałem białej Sonii Rykiel. Do dziś wspomina i przy każdej okazji proponuje mi te perfumy jako prezent Mi osobiście ten zapach nie zapadł szczególnie w pamięć, akurat nie miałem wtedy innego pomysłu na perfumy a przez rok używałem wyjątkowo udanej szarej.
Ostatnio zwróciłem uwagę na zupełnie inny zapach. Postanowiłem się ogolić maszynką. Pomysł dojrzewał trochę czasu bo przez ostatnie dwa lata chodziłem z dwudniowym zarostem. Zarost wyszedł z mody więc najwyższy czas ogolić się jak człowiek. Po pracy wszedłem do sklepu, zakupiłem odpowiednie akcesoria do golenia a przy wyborze płynu po goleniu zwróciłem uwagę na zapomnianą już markę Wars. Pomyślałem - a kupię dla picu, cena groszowa.
Wróciłem do domu i jeszcze tego samego wieczoru sprawdziłem, czy ten zapach będzie wzbudzał jakieś wspomnienia. Wrażenia okazały się mocniejsze niż się spodziewałem. W jednej chwili przeniosłem się do dzieciństwa w czasach schyłkowego PRL. Do imprez rodzinnych z tamtego czasu.
Poszukałem trochę informacji na forach i okazuje się - nie tylko ja wpadłem na podobny pomysł zakupu Warsa. Podobne wrażenia mieli użytkownicy forów perfumiarskich, a część nawet przyznała się do "przesiadki" do Warsa na stałe, z 20 droższych zapachów "markowych".
Nie dziwię się, to bardzo udany, wyważony, typowo męski zapach,  inny niż pozostałe,  na początku są dość podobne do siebie. Nie znam się niestety na perfumach, na tyle, żeby ocenić w czym dokładnie tkwi różnica ale czysto empirycznie, od razu czuję, że mam do czynienia z produktem, zaprojektowanym w zupełnie innej epoce. Gdyby zapachy podzielić na te ciepłe i zimne, Wars byłby dla mnie zdecydowanie zimny ale optymistyczny. Kojarzy mi się z modernistycznymi budowlami z lat 60. czy 70. Poszukałem historii. Zapach powstał w latach 70., w tamtym czasie jako woda  z wyższej półki. Nawet papier do produkcji opakowania sprowadzano z RFN a projekt graficzny loga stworzył czołowy grafik - Karol Śliwka (autor m.in loga PKO BP). Autorką zapachu jest Magdalena Chmielewska, uznany perfumiarz , projektujący do dziś zapachy dla największych światowych marek, ceny flakonu perfum zaprojektowanych przez Panią Magdalenę dla zagranicznych firm potrafią przekraczać 1000 zł.

Tak więc Wars może się pochwalić bardzo dobrym pochodzeniem a dziwaczna cena ok 10 zł nie ma nic wspólnego z rzeczywistą wartością - koszt produkcji więszkości "drogich" perfum nie przekracza takiej kwoty. Nie płacimy za to za wymyślny flakon, nazwisko znanego projektanta w nazwie czy reklamę i marketing, którego w tym przypadku po prostu nie ma.
Gorąco zachęcam do sprawdzenia na własnej skórze :)



czwartek, 6 września 2012

Zero życia

To dziś o samej pracy. Oglądaliście może jakieś dokumenty o pracy w fabrykach w Chinach?
A wyobraźcie sobie, że w Polsce istnieją zakłady oferujące zatrudnionym podobne atrakcje. Różnica jest w stawce, reszta skopiowana żywcem z dalekiego wschodu. Może to i metoda bo firma prosperuje bardzo dobrze zarówno w branży usługowej jak i stricte produkcyjnej.... Ba, w sumie to w okresach pogodzenia się z losem pracy w tym miejscu nawet miewam chwilowe wzloty dumy ze znaczka Made in Poland na zaawansowanym technicznie sprzęcie, które firma produkuje(sam projekt jak i podzespoły też są polskie).
No ale te zachwyty są zdecydowanie wyjątkiem.
Wyobraźcie sobie taki oto dzień. Wstajesz godzina 6. O 7 wychodzisz z domu po kawie i czasem śniadaniu. Punkt 8 zaczynasz pracę. Normalne. Zaczynasz pracę czyli pierwszą kawę w pracy itp. No nie... Zaczynasz harówę, zapominasz o wszystkim. Koło 10-11 robisz krótką przerwę na kawe, może papierosa czy kanapkę, 20 minut. Znów pracujesz zapominając o całym świecie, nie da się inaczej. Nawet nie wiesz kiedy przychodzi 15 ale kiedy się zorientujesz nadchodzi kryzys. To już ale też DOPIERO 15. Mała przerwa, zastanawiasz się czy coś dziś jadłeś, znów ciężka praca, zaczynasz odczuwać zmęczenie, potrzebę dłuższej przerwy, pójścia gdzieś ale nie ma takiej możliwości. Mija 16, 17, wydajność spada mimo zaangażowania w pracę, wydaje Ci się, że wytrzymasz jeszcze góra godzinę. Idziesz na przerwę ale potrzeba czegoś więcej. Myślisz o końcu ale jeszcze zostało...18,19,20. Czasem o tej porze można odczuć coś w rodzaju "upicia się pracą" połączonego z obojętnością. Obojętność to wielki skarb i sposób na przetrwanie! Kiedyś rozmawiałem z doświadczoną koleżanką z pracy i jej rada doprowazenia się w pracy do takiego stanu obojętności kiedy jest Ci już wszystko jedno czy jesteś w zakładzie czy wylegujesz się w łóżku była najcenniejszą jakie otrzymałem... No ale jedziemy dalej:) 21, 22.
Jesteś w domu o 23 potem długo nie możesz zasnąć, taka dziwna mieszanka nakręcenia pracą, zmęczenia i tej całej obojętności. Pół biedy jeśli następnego dnia jest wolne...
Nadchodzi dzień wypłaty. Ktoś powie, że za taką sumę to mógłby choćby codziennie przechodzić ten cykl. W takim razie zapraszam :).
I w ten sposób Polacy dobrze pracują, dobrze zarabiają i w ogóle tutaj jest Zielona Wyspa!

środa, 5 września 2012

Reaktywacja

Po miesiącach znalazłem wreszcie chwile na zostawienie kilku zdań. Po pierwsze muszę się wytłumaczyć. Powody milczenia są dość prozaiczne. Zaraz po podjęciu pracy zdecydowałem się skupić na tym elemencie życia do czasu pełnego wyjścia na prostą. Pracowałem sporo ponad etat a resztki wolnego czasu zostawiłem na wyjazdy czy podstawowe sprawy dnia codziennego, bez których trudno żyć.
Teraz nastapiła pewna zmiana, spłaciłem długi, wyszedłem na solidną prostą i tradycyjnie jak co roku rozchorowałem się wraz z nastaniem września.
Sytuacja powtarza się regularnie od kiedy pamiętam. To chyba dobry moment żeby ten wolny czas poświecić także na bloga.

środa, 21 marca 2012

Know How 2: Partner nie jest multifunkcyjnym robotem "all in one"

Korzyści: Uniknięcie jednej z pułapek relacji - izolacji na ludzi z zewnątrz w głębokim zaufaniu, że partner jest w stanie zaspokoić wszystkie nasze potrzeby socjalne.

Nie, nie nie i jeszcze raz nie :) Nie istnieje taki człowiek, nawet jeśli na początku może się tak wydawać. Prędzej czy później takie oczekiwania staną się zaczątkiem konfliktów czy nawet rozpadu.

Nasza relacja. Formę otwarcia na innych ludzi mamy wpisaną w "statut". Oczywiście nie ma to nic wspólnego z tzw. związkami otwartymi :). Po prostu szanujemy swoje różne zainteresowania, znajomych czy choćby inne poczucie humoru.
Któregoś dnia szliśmy ulicą i zadzwonił kolega Miśka. Praktycznie co chwila się śmiał a we mnie przez chwilę zrodziła się taka myśl: ktoś potrafi go rozbawić znacznie lepiej niż ja, może my się wcale tak genialnie nie dobraliśmy???"
Proste, jakaś forma zazdrości. Zaraz przypomniałem sobie o tej zasadzie... I ucieszyłem, że jest ktoś z kim ma lepsze "śmiechy". Zresztą ja mam podobnie i w zależności od tematu, na najlepsze plotki umawiam się z koleżanką M., najmodniejsze rzeczy wybiorę z U., jeśli horror to tylko z K, za to z G. mogę podyskutować o przepisach kulinarnych i osobowości Julii Child . itd.

Wcale to nie umniejsza roli Misiakosa. Tak jest normalnie a oczekiwanie, że w tych wszystkich dziedzinach będzie mi najlepiej towarzyszył jest utopią.

wtorek, 20 marca 2012

Zmiana formuły bloga

Troszkę o tym myślałem. Chcę żeby to moje pisanie mogło wnieść cokolwiek do życia Czytelnika.

Początkowo kiedy założyliśmy bloga zaraz po wzajemnej kasacji profili na fellow chcieliśmy się pokazać. Wyszliśmy z założenia, że samo pisanie o nas może dać nadzieję każdemu kto jeszcze szuka, czeka. Tak szczerze jak się tylko da bez upiększania.

Szybko okazało się, że nie jest łatwo pisać gdy wszystko gra.

Dobry związek w takim moim subiektywnym rozumieniu jest troszkę jak własny dom. Cel ale jednocześnie fundament, na którym łatwo budować wszystko. Jeśli dom został dobrze zaprojektowany i solidnie wykonany po prostu w nim mieszkasz. Ten czas, uwaga, którą wiele osób poświęca na ciągłe naprawy, poszukiwania, zmiany dyktowane impulsem chwili... ogromny zasób czasowo-emocjonalno-finansowy możesz "zainwestować" w inne sfery notując trwały wzrost.

Nie uważam naszego związku za ideał, jest wiele spraw trudnych choć staramy się w każdej z tych sytuacji być po prostu razem. Nie ma moich problemów czy problemów Misiako. Zawsze są nasze i razem sobie z nimi radzimy. Sporo wnosi pewne podejście do związku jak do przesiębiorstwa :).

To wynika jeszcze z samych naszych początków. Długo byłem pewien, że Misiako kogoś tam ma i szuka sobie kolegi do pogadania na luźniejsze tematy. Później zaczęliśmy coraz więcej rozmawiać o związku. Czym jest, czego uniknąć, na co postawić. Szukaliśmy w naszym otoczeniu związków, które sobie radzą i tych, które się zakończyły. Później razem analizowaliśmy które czynniki wpływają na przetrwanie, a które niszczą.
W końcu wykorzystując zebraną wiedzę, któregoś dnia postanowiliśmy zbudować razem tę formę relacji, którą wypracowaliśmy. Oczywiście to nie było tak suche. Jest zakochanie, jest miłość, ta emocjonalna i ta będąca poświęceniem, życiem dla drugiej osoby. Cały czas jednak przyświeca nam wspólny cel a wszystko działa jak silnik diesla. Bez szkodliwego szału, wielkich uniesień i upadków idziemy razem.

Właśnie dlatego zdecydowałem się na pewną modyfikację formuły. Każdy niesie ze sobą jakieś know how. Drobne zmiany, nie wymagające nakładów a dające wymierną korzyść. Taką skromną część, którą otrzymałem od innych ludzi, stosuję i chciałbym przekazać dalej. Przestawię tylko i wyłącznie te pomysły, które sam stosuję wraz z wyłącznie tymi korzyściami, które udało mi się realnie a nie potencjalnie osiągnąć.

Pojawią się także wpisy z testami modyfikacji, które dopiero wprowadzam i sprawdzam co się stanie. Będę testował zarówno przepisy kulinarne, diety jak i metody nauczania, organizacji czasu, nowe miejsca, produkty, formy spędzania wolnego czasu czy ciekawe pomysły uprzyjemniające pracę, polecał i przestrzegał.

środa, 14 marca 2012

Po przerwie

A tak wyszło... Lubię skupiać się na jednej rzeczy i dopiero gdy osiągnę efekt zmianiam na inną. Tak było z remontem.
Chciałem zwiększyć jednocześnie funkcjonalność i estetykę pokoju, pogodzić to z nowymi trendami a wśród nich wybrać rzeczy dobrze zaprojektowane i ponadczasowe. Zabawne jak można ze sprawy w gruncie rzeczy prostej zrobić wyzwanie pełne dylematów a przyjemne wybory uczynić poważnymi rozważaniami...
W skrócie powiem, że stanęło na białej meblościance (Besta IKEA), białych lekko różowawych ścianach (Dulux Perłowy Świt), jasnoszarym wełnianym nakryciu łóżka i zasłonach z niebarwionego płótna. Proste, nierzucające się w oczy rzeczy a np. policzyłem, że obejrzałem dokładnie asortyment trzech dużych centrów meblowych i kilkadziesiąt meblościanek w necie (z dostępnych ok. tysiąca). Na szczęścię już skończone, można mieszkać i o wszystkim zapomnieć a minimalistyczne otoczenie nie kusi do rozważań typu: czy to na pewno dobry odcień.... W dobrym wnętrzu człowiek zapomina o jego istnieniu i skupia się na sprawach naprawdę ważnych.
A takich trochę się uzbiera. Od początku naszej znajomości Misiakos wszelkimi znanymi sobie sposobami perswadował mój powrót na niedokończone studia. Muszę przyznać, że sytuacja diametralnie się zmieniła i coś co wydawało mi się kosmosem jest coraz bliżej. Gdy tylko obaczył, że taką opcję zaczynam rozważać sam zadzwonił do dziekanatu i okazało się, że nie będzie problemu.
Jestem Ci Misiako niesamowicie wdzięczny bo tylko ta perspektywa daje jakąs nadzieję - na wyrwanie się z wszelkiego typu fabryk korporacyjnych, które tak naprawę niewiele się od siebie różnią. OK, wiem, że studia same w sobie niewiele mogą pomóc. Przekonałem się o tym dawno temu i wszedłem na rynek pracy kilka lat przed rówieśnikami. Byłem dumny z siebie gdy na spoktaniu z moją klasą z liceum byłem wśród może trzech osób ze stałą etatową pracą i zarobkami powyżej średniej krajowej. Z biegiem czasu jednak przekonałem się, że to pułapka.
Abym mógł zacząć studiować potrzebuję po pierwsze czasu w ciągu roku a po drugie funduszy. I tu jest w tej chwili pies pogrzebany.
Mam czas do konca września na zarobienie sumy, któa będzie towarzyszyła mi przez kolejnych 10 miesięcy. Zostałem przyjęty do starej firmy na umowę zlecenie na pewne stanowisko, ze sporymi wymaganiami odnośnie pracy ale też sporymi zarobkami. Posiedziałem tam kilka dni obserwując pracę innych aż tu nagle okazało się, że kadry nie chcą się zgodzić na mój powrót. Ot tak.
Na nic się zdały interwencje mojego nieoszłego przełożonego czy kierownika oddziału. W końcu sam do tych kard zadzowniłem a rozmowa była co najmniej dziwna. Dowiedziałem się, że nie po to dostałem niemałą odprawę, żeby po miesiącu od ustania stosunku pracy wracać na zlecenie (!).
Czyli co - lepiej siedzieć w domu :) A tak wogóle to one teraz szykują sporą grupówkę (zwolnienia grupowe) i się boją, że jeśli mi pozwolą wrócić to zaraz wszyscy będą chcieli (ooo na pewno!!! już widzę te tłumy powracających). Najlepiej się wypiąć tak? Ponarzekać na niesprawiedliwość i szukać szczęscia gdzieś indziej. Tak robi większość osób, nawet zwolnionych z własnej winy.
Nie wdając się w szczegóły ja do końca swojej pracy miałem dobre wyniki ale z racji restrukturyzacji oddział, w którym pracowałem przeniesiono do innego miasta dając mi do wyboru przeprowadzkę lub dobrowolne odejście z odprawą.
Jeśli zostałem niedługo potem przyjęty do innego działu znaczy tylko, że umiem się szybko dostosować do zmian. Z ich neoliberalnego punktu widzenia - sytuacja idealna, pracownik sam sobie znajduje miejsce gdzie jest potrzebny i pracuje dalej jakby nigdy nic. Ale nie, bo to jest neoliberalizm wybiórczy - z jednej strony hasło "cała firma na zleceniu" i rozszerzanie tej formy zatrudnienia do coraz wyższych stanowisk w miejsce likwidowanych etatów (z niecierpliwością czekam, aż same panie z kadr przerzucą się na tę formę zatrudnienia :)) ale z drugiej masa wewnętrznych regulacji krępujących ręce na każdym kroku wyjmowanych jak as z rękawa na zasadzie: my (firma) robimy co chcemy bo neoliberalizm, deregulacja, kryzys itp. a Ty masz robić dokładnie tak jak chcemy bo na kązdym kroku znajdzie się jakiś paragraf z regulaminu. Powodzenia.

piątek, 20 stycznia 2012

Wyjście

Tak mili państwo, mimo nie sprzyjających warunków atmosferycznych wyszedłem dziś z domu. Umówiłem się z koleżankami z byłej/obecnej pracy (no bo nadal na papierze jestem pełnowymiarowym etatowcem).  Jak to określił te nasze spotkania Misiakos - konszachty z dziewczynami.  Musiałem się spieszyć - obudzony o 14stej szybko ubrałem się, wyszedłem z piechami i bez śniadania poleciałem do metra.
Były wspominki, szczególnie ex przełożonej, którą zgodnie uważamy za najbardziej zjawiskową postać na naszej drodze życia - niekoniecznie w pozytywnym sensie.

Jej teksty - choćby "malutkiego" bo tak lubiła zwracać się mężczyzn. Tęsknie kiedy pomyślę, że któregoś dnia zasiądę znów za biurkiem. Będę miał normalnego przełożonego, który wie na czym polega moja praca (ehhhh) i w dodatku sam robi coś więcej niż wysiadywanie na Sympatii, względnie kawa i obgadywanie z przyjaciółką potencjalnych gachów - "dup", tak żeby cały open space mógł usłyszeć kto jest na tapecie.
Posiedzieliśmy tak w wirze plotek na piętrze w Galmoku, potem jeszcze musiałem zjeść śniadanie i zaprowadziłem naszą grupę do fast foodu.
Monia wymyśliła sobie, że powinienem wziąć ślub z Misiakiem - no bo one są wszystkie już po ślubie i tylko ja odstaję. No właśnie - mogę to za dużo powiedziane.Żarty żartami ale zacząłem się na poważnie zastanawiać cy dałoby się zrobić coś pośredniego.
Swego czasu czytałem trochę o parach, które związały się za granicą i mieszkają w Polsce. Nikomu nie polecam. Albo zmienią się przepisy albo zrobimy coś pośredniego. Tylko w przypadku jednej i drugiej opcji pojawia się pytanie - kiedy?
Na zmiany w prawie raczej się nie zapowiada. A co do nieoficjalnego kameralnego ślubu? Po pierwsze kiedy? Jakie wydarzenie miałoby być bodźcem do takiego ślubu? Gdzie z kim i jak.No i przede wszystkim - po co? Czy taka niby ceremonia wniesie coś poza jeszcze jednym potwierdzeniem, że się kochamy? Widzę to na każdym kroku. Czy dzięki niej będziemy bardziej akceptowani jako para? Raczej tak samo. No i wreszcie - w c się na taki ślub ubrać... Osoby, które mnie znają wiedzą, że prędzej czy później to ostatnie zdominowałoby przygotowania do ceremonii a jeszcze długo po rozważałbym warianty - czy nie lepiej było założyć tamto, siamto...
Póki co liczę, że przyjdzie taki moment, że będzie można dokonać takiego aktu niosącego za sobą konsekwencje prawne. A inne formy - poza chwilowym poczuciem się dobrze przy sporej dawce małpowania par hetero - raczej nie wniosą nic więcej poza samą impreza.
Pytanie czy tak czy nie ciągle uważam za otwarte - może życie podsunie samo pomysł?

sobota, 14 stycznia 2012

Biała noc

Prawie cała noc zeszła mi na robieniu Miśkowi prezentacji. Chwileczkę... nie tyle robieniu co zbieraniu się do robienia. Aby urozmaicić czas odpaliłem sobie gg i okazało się, że tylko ja nie śpię. Napisałem się z D. za wszystkie czasy a już na pewno za ten ponad miesiąc przerwy kiedy nie miałem internetu. Kącik porad sercowych ale bardzo się cieszę kiedy mogę kogoś pocieszyć albo chociaż uprzedzić. Wiadomo- jeśli sam mam przerobiony w życiu pewien temat i widzę, że inna osoba przeżywa dokładnie to samo mogę powiedzieć co było dalej w moim przypadku. Choć może każdy musi sam to przerobić. A mi łatwo tak siedzieć wygodnie na sofie i słać komunikatorem złote myśli kiedy czasy złamanego serca, jednostronnego uczucia coraz bardziej jawią mi się jako coś bardzo dawnego, prawie baśń. Pytanie czy rzeczywiście diametralna zmiana sytuacji była moją zasługą czy po prostu w pewnym momencie przyszedł już czas na relację spełnioną, a taką jest związek z Misiakosem.
Tak czy inaczej wstawanie nie było lekkie a dziś czeka jeszcze więcej pracy. Przede wszystkim muszę wyjść do mojej roboty dorywczej. Siedzę tak teraz i szukam motywacji do ruszenia szanownych czterech liter z wyra. Pora na mocną kawę i tajną broń na wstawanie - piosenkę z "Kleksa w Komosie" :D.To jeden z najbardziej energetycznych utworów jakie odkryłem w ostatnich miesiącach.

sobota, 12 listopada 2011

O staniu przy garach

Bardzo szybko podzieliśmy między siebie aktywności. Wyszło samo. Przed pierwszą wizytą wysprzątałem generalnie mieszkanie kierując się moim poczuciem porządku.. A już drugiego dnia Miś wykorzystywał okazje wszelakie by "dosprzątać" kąty.. Coś się rozsypało hydraulikom na podłodze w łazience a Misiakoso doprowadził całość do laboratoryjnej czystości. Plamka na blacie kuchennym i już cały blat lśni czystością jak nigdy.

Ja ze swojej strony szerokim łukiem omijałem na zakupach produkty przetworzone i zapychacze tłumacząc, że to wszystko umiem zrobić sam - taniej i lepiej. I tak wyszło, że gary to moje niepodzielne królestwo.

Bardzo nie lubię "nowoczesnych" książek kucharskich. Zastanawiam się czasem czy przepisy kierowane są rzeczywiście do osoby zajmującej się kuchnia jako obowiązkiem czy też do kogoś kto tak z czapy raz na kwartał chce się pobawić w kuchnię

Zwykły sos pieczarkowy, otwieram niedawno wydaną książkę kucharką. No cóż, okazuje się, że muszę mieć dwa rodzaje wina, egzotyczne przyprawy, najlepiej w formie niezmielonej... A wszystko to jeszcze poddać obróbce w taki sposób by już nic tego dnia poza sosem pieczarkowym nie robić. Z drugiej strony jest opcja wszelkich fixów i garmaży, mniej pracochłonna, względnie tańsza. Ale tylko względnie, nie mówiąc o jakości składników, szkodliwym dodatkom czy lichym wykonaniu.

Kuchnia powinna być zdrowa, smaczna i oszczędna zarówno w zakresie nakładów jak i czasu. Nie do pogodzenia? Da się! Poszukałem w książkach z czasów dziadków


Z "Książki kucharskiej dla samotnych i zakochanych" nauczyłem się podstaw. Po raz pierwszy wydana w latach 50. mówi jak z podstawowych składników (innych nie było) w kilka minut zrobić mnóstwo dań. Nie powalają na kolana ale pozwalają przetrwać opierając się wyłącznie na własnej produkcji. Sama książka jest nie tylko zbiorem przepisów. Zawiera dziesiątki porad i tricków pozwalających lepiej zorganizować czas gotowania, uniknąć podstawowych błędów początkującego czy wreszcie poradzić sobie z gotowaniem w skrajnie trudnych warunkach... 
Co i w jakiej kolejności kupić do kuchni jeśli nie mamy ani sprzętu i garnków ani funduszy (tak zaczynałem samodzielne mieszkanie i rady z książki mnie uratowały). Jak i co gotować mieszkając w pokoju bez kuchni (nigdy nie wiadomo co życie przyniesie). Przepisy na prowizoryczny palnik spirytusowy, prodiż. Zasady przechowywania żywności dla nie posiadających lodówki :D 
Dobra, nie ma się co śmiać bo ta najgorsza fala kryzysu cały czas idzie.

Później przestawiłem się na książki z lat 70. i 80. Takie same jak czasy - dalej bardzo skromnie ale gdzieniegdzie w przepisach można poczuć powiew "luksusu". Nauczyłem się kilku nowych potraw, placka drożdżowego z kruszonką, znalazłem tez przepis na sos pieczarkowy. Da się bez wina ;). Dania były na tyle dobre, że przepisy szybko poszyły w świat.

Smak i jakość potrawy nie zależy od ilości wyszukanych składników czy nawet budżetu. Jak w każdej dziedzinie życia liczy się przede wszystkim know how. Właściwe proporcje, umiejętności, doświadczenie i wiedza na temat samych składników i ich "zachowań" w procesie obróbki. Zrozumiałem to czytając książki Julii Child... ale o  tym następnym razem.

Gotowanie to niesamowita frajda, umiejętność pożyteczna dla innych i samego kuchcika ;). Przynosi grube oszczędności, które można przeznaczyć na rzeczy niewykonalne w domowych warunkach. 
Ciekawe danie sprawdzi się nie tylko gdy przyjdą goście ale w każdej sytuacji gdy chcemy obdarować kogoś, zamiast przysłowiowego kwiatka :D Same plusy - dobra inwestycja czasu.



wtorek, 1 listopada 2011

Hejnał jako budzik

Mam problemy z porannym wstawaniem. Można powiedzieć lenistwo :) Biorę na to poprawkę. Dochodzi coś jeszcze, taka świadomość, że nikt na Ciebie nie czeka. Czy wyjdziesz z domu o 9, czy też przeleżysz w łóżku cały dzień - dla świata bez różnicy. Nawet zaczynam tęsknić za "kochanymi" klientami. Czasem potrafiło być gorąco, kląłem tę pracę przynamniej raz w tygodniu. Tylko ciężko nic nie robić.

Lekarz dał mi receptę na antydepresanty. Tłumaczył, że nawet jeśli jeszcze nie do końca czuję się nieszczęśliwy to branie ich zabezpieczy przed kryzysem i utratą serotoniny. Nie wiem czy jest wydarzanie, które mogłoby doprowadzić mnie do prawdziwej depresji kiedy przez życie idę z Misiakosem. Póki co nie zrealizowałem tej recepty. Mimo zapewnień, że lek nie uzależnia trochę się boję ingerować w swój humor jakąś chemią.

niedziela, 30 października 2011

Arp Life

Dziś po przeszło pół roku poszukiwań zdobyłem jedyną w dorobku płytę długo grającą Arp Life "Jumbo Jet" z 1977 roku.
Arp Life to polski zespół studyjny tworzący szeroko pojętą muzykę użytkową. Twórcy jako pierwsi w Polsce opierali swoje brzmienie na syntezatorach. Muzyka Arp Life była wykorzystywana jako jingle w Polskim Radio i TVP, muzyka filmowa (także w ZSRR i innych Demoludach) czy tło dla Kronik Filmowych. Działalności grupy patronowali Maciej Śniegocki i Andrzej Korzyński.

Osobiście uważam, że wybór twórczości Arp Life na "brzmienie późnego Gierka" (ich muzyka obecna jest w tym okresie prawie wszędzie) wpisuję się w wizję Polski, kraju nowoczesnego, korzystającego z prekursorskich osiągnięć także w muzyce i ma nierozerwalny związek z propagandą sukcesu.

Żałuję, że dziś stoi zakurzona gdzieś na końcu archiwów a jej niewielki fragment pamiętają wyłącznie znawcy czy osoby drążące temat (aż do znalezienia "odpowiedzialnego" za syntetyczne plumkania w Polsce późnego Gierka - to ja:)). Oddałbym wiele za kluczyki do tego archiwum...

Przed Państwem ARP LIFE i niedostępny nigdzie indziej "Hotel Victoria" (no dobra, wrzuciłem go także na mojego chomika :P - corridore).
Kot



Misiakos mówi: "piosenka tak pozytywna jak mój Kicia.... Bardzo przyjemna jak z dobrych filmów komediowych z wątkami miłosnymi..."

Jak dalej będę go tak nią "katował" nasz Amator któregoś dnia wyląduję złamany na pół na pustym Kocim łbie :P