reklama adsense

niedziela, 18 marca 2012

O minimaliźmie, listach zakupów, mierzeniu i przecenach

Przepraszam za wysyp tematów w klimatach bloga Kasi T. po przerwie. Na intrygi i akcję może kiedyś przyjdzie czas, na głębsze przemyślenia miejmy nadzieję też. Raz na jakiś czas warto zwrócić uwagę na te drobniejsze kwestie.

Dziś chciałem się podzielić kilkoma trickami, które ratują portfel i ułatwiają życie (make life easier :P). Dzięki zastosowaniu nie tylko znacznie ograniczymy wydatki ale dodatkowo zaopatrzymy się w rzeczy, których brakowało ale tego nie zauważaliśmy.

Minimalizm. Raz na jakiś czas warto przebrać to co posiadamy i ocenić jak często dana rzecz jest używana. Możemy szybko dojść do wniosku, że praktycznie non stop nosimy to samo a większość garderoby leży i się kurzy. Teraz weźmy te nieużywane rzeczy i chwilę zastanówmy się czemu je kupiliśmy, co sobie wyobrażaliśmy, jakie miało być ich zastosowanie i wreszcie - dlaczego nic z tego nie wyszło.
Ja sam tak grzebiąc w szmatkach łapałem się ciągle na na kilku złudzeniach:

  1. "Rzecz jest ładna choć nie wyglądam w niej rewelacyjnie... no ale schudnę i będzie lepiej. To będzie mój motywator do schudnięcia, kupuję!". Efekt - zanim schudłem już dawno zapomniałem o tej rzeczy, baaa , czasem okazuję się, że po schudnięciu wygląda jeszcze gorzej.
  2. "Te buty się rozchodzą a to taka okazja... 200 zamiast 600 zł!"... Efekt- kasa wydana a potem   kupujesz wygodne trampki za 50 zł i chodzisz do zdarcia.
  3. "Jaki piękny kolor...: Co z tego jeśli nie jest dobrany po cerę, typ kolorystyczny i resztę garderoby?" Takie szaleństwa czasem się sprawdzają ale zwykle i tak wraca się do swoich ulubionych barw.
Warto pozostać przy rzeczach najczęściej używanych i tych wyjściowych. Cała reszta może posłużyć  komuś innemu. Oddając znajomym czy bardziej potrzebującym trochę łatwiej przełknąć własną zakupową głupotę choć najlepiej po prostu kupować mądrze. Kiedy ograniczymy się do kilku rzeczywiście używanych rzeczy możemy przejść do następnego etapu.

Modernizacja. Przyjrzyjmy się temu wszystkiemu. Czemu akurat te spodnie, ta koszulka? Trzeba pamiętać - im więcej odpowiedzi znajdziemy tym większe oszczędności... Jak to było u mnie. Obejrzałem niezliczone pary spodni i wyszło, że non stop chodzę w dresie i czasem w starych rurkach. Czemu? Wszystkie trzy pary mają w składzie materiały elastyczne dzięki czemu są o niebo wygodniejsze od zwykłych jeansów. Dostosowują się także do zmieniającej wagi (elastyczny pas - choć to zgubne :)). Kolejne pary powinny być elastyczne, jak najwygodniejsze, trzeba dokupić jeszcze dresowych bo mam tylko jedną parę.

W dodatku dzięki temu ograniczeniu ilości ubrań zauważyłem, że od roku chodzę w plastikowym pasku z przeceny, który jest już w całkowitej rozsypce... Podobnie jak torba. 

Znów mogłem pomyśleć czemu tak intensywnie używałem tych elementów garderoby nie myśląc nawet o ich wymianie? Odpowiedź to minimalistyczne wzornictwo i względnie dobra jakość. Jeśli coś spełnia swoją funkcje i pasuje o wszystkiego," chowając się" jak tło nie myślimy o wymianie. Znów klucz.... Oczywiście wymieniłem zniszczone rzeczy na podobne, lepszej jakości. 

Przy modernizacji dobrze prześledzić nowości i usprawnienia. Nie można zamykać się do modeli i krojów które już znamy. Wszystko idzie do przodu i czasem drobny szczegół, kieszonka, nowy materiał mogą znacznie ułatwić codzienność.

Lista zakupów. Wiem już czego potrzeba więc mogę się zabrać do... listy! (Nie , wcale nie do żadnego centrum handlowego ;)). Listy możemy tworzyć samodzielnie na kartce lub z pomocą witryn niektórych sklepów. Zasada jest taka, że lista musi dojrzeć!!! To bardzo ważne by czekała. A my co jakiś czas wchodzimy na nią i modyfikujemy. dopisując nowe rzeczy. Mogę się z każdym założyć o wszystko, że za każdym razem gdy będziesz wchodzić na swoją listę zakupów usuniesz z niej coś! Zawsze tak jest, że część zakupów okazuje się chwilową zachcianką. Po odczekaniu pewnego czasu kupujemy rzecz, która najdłużej gości na liście wstrzymując się od reszty. Nie licząc prawdziwych okazji i chwil olśnienia w centrum handlowym, gdy coś jest od razy takie i potem służy latami,  zaoszczędzimy ogromne kwoty.
Mierzenie. Nigdy ale to nigdy nie wolno kupować bez mierzenia. Nawet jeśli znamy ten model i lubimy trzeba! Wystarczy drobna różnica w odcieniu koloru, suwak, zaszewka by całkowicie zmienić całość. Tak samo z rzeczami, krojami za któymi nigdy nie przepadaliśmy. Zawsze trzeba wziąć kilka do przymierzalni bo decyduje  efekt końcowy. Dotyczy to nawet głupiego zakupu t-shirtu. Może nie ma się czym chwalić ale ostatnio by kupić 2 koszulki przymierzyłem ich ok. 30 w różnych sklepach. Albo jest idealnie albo zostawiam. Nie ma się czego wstydzić. 
Przecena. Jeśli stosujemy listę zakupów przecena jest jak Joker czy wygrana w Totka. Mamy już pełną listę rzeczy, które chcemy mieć. Jeśli nie jest to artykuł pierwszej potrzeby warto zaryzykować. Po przymierzeniu, jeśli jest już pewność, że to to (oczywiście mam na myśli te troszkę droższe rzeczy) czekamy. W wielu przypadkach nie musimy chodzić do samego sklepu, wystarczy sprawdzać co jakiś czas w sklepie internetowym, który prowadzi coraz więcej firm. Czekamy na przecenę, jeśli uda na się kupić w niej artykuł w naszym rozmiarze, za połowę lub jedną trzecią ceny to traktujemy to prawie jak wspomnianą wyżej wygraną!!! Jest też prawdopodobieństwo, że do czasu przeceny rzecz może okazać się niepotrzebnym kaprysem. To także wygrana bo pieniądze zostają w kieszeni!

Po co tyle zachodu? 
Jeśli masz konto internetowe i płacisz głównie kartą zrób sobie wyciąg z zeszłego roku, uporządkuj wypłaty według odbiorców i oddziel swoje ulubione sklepy odzieżowe. Teraz porównaj to z kwotą, która wydałeś na rzeczy noszone na co dzień.... Ile tysięcy różnicy?

Inne sklepy. Stosując te metody możemy sobie spokojnie pozwolić na produkty z najwyższej półki. Moja gwarancja na "awans" ze straganu z rzeczami jednorazowymi do Zary czy innych lepszych sieciówek. Względnie stamtąd do sklepów z szytą w Europie odzieżą premium. I to przy zachowaniu podobnej lub niższej kwoty przeznaczanej na garderobę.

Wsparcie i dotacje. A może połowę zaoszczędzonej kwoty przelewać na cele charytatywne do organizacji, o których wiemy, że działają? Tyle ich jest i bardzo często cierpią na brak funduszy.

Niezależność. Nie tylko znacznie większa niezależność finansowa, gdy dłuższy czas mamy na koncie rezerwy ale niezależność od pewnych manipulacji systemu. Każdej firmie zależy byśmy kupowali jak najwięcej, najlepiej impulsywnie i nie to co chcieliśmy. Kto wtedy tak naprawdę podejmuje decyzję? Ty? Przy stosowaniu wyżej wspomnianych metod możemy być pewni, że zakupy wynikają z naszych własnych rzeczywistych potrzeb.

piątek, 16 marca 2012

Z rurek w dresy, z dresów- w rurki

Chodzę tak ostatnio więcej po osiedlu. W końcu samo wyjście z trzema psiakami wymaga pewnego spaceru. Co nowego zauważyłem? Rurki u panów, u których nigdy bym się tego nie spodziewał. Początkowo zastanawiałem się skąd na naszym osiedlu tylu panów, przyodzianych w spodnie kojarzące mi się ciągle jeszcze z centrum Warszawy i stałymi bywalcami sieciówek.
A nie. Rurki po 7 latach od wejścia do męskiej mody w końcu trafiły pod prawdziwe strzechy, do miłośników total look spod znaku nike i adidas :)( Pamiętam jaka to była niesamowita nowość i wręcz dziwactwo w 2005. Można było je kupić zaledwie okresowo, w HM, raz w House, niektórzy kupowali damskie, ja zwęziłem u krawca dwie pary starych jeansów).
Czasem ci panowie, którzy się przesiedli z dresów w rurki wyglądają w tym dość zabawnie...na pewno zdecydowanie mniej złowrogo. No i widać jakie chude nóżki były przez lata chowane pod tymi szerokimi dresami. Czasem gdy widzę z tyłu parę na podstawie dolnej części ciężko się domyślić kto jest kto :) No ale cieszę się, że w końcu coś ruszyło i jak założę sam jakieś stare nikt nie powie: ej patrzcie jakie dziwne ma spodnie :)

A teraz od zjawisku odwrotnym. Dres bawełniany. Jeszcze jakiś czas temu założenie czegoś takiego poza treningiem uchodziło za jakiś szczyt niedbalstwa, w najlepszym razie skrajne umiłowanie wygody. Rok temu sytuacja się zmieniła. Dresy, traktowane na równi z jeansami pojawiły się w sieciówkach. ZARA wypuściła model z lekko obniżonym stanem , rozporkiem i szlufkami na pasek - do kolan jak rurki, wyżej sporo szerszy, z zaszewkami. Powiem tak - kupiłem go już na przecenie za 39 zł i były to jedyne spodnie które nosiłem do totalnego zajechania (a nawet czasem po...). Wygoda nieporównywalna z niczym innym... no co najwyżej z brakiem spodni plus krój klasycznych eleganckich spodni. Po prostu hit. W tym roku podobne modele można kupić w ZARZE czy Bershce (w czterech kolorach). Przyznaję bez bicia - wszelkie rurki leżą na dnie szuflady a ja non stop tylko w dresie.
No względnie na eleganckie okazje nakładam błękitne chinosy od Misiaka. Rewelacja!

A..i w ten oto sposób, dzięki prostemu odwróceniu ról. w przyrodzie znów jest równowaga dresowo-niedresowa

Poniżej modele dostępne w tej chwili:
Allegro (49 zł)
Zara (takie zamki błyskawiczne też są teraz bardzo modne choć dość odważne) 169 zł (czekam aż przecenią)

Bershka (takie noszę :)) z t-shirtem, w podobnym kolorze i czarną elegancką kamizelką lub kurtką z czarnej skóry ekologicznej.

środa, 14 marca 2012

Po przerwie

A tak wyszło... Lubię skupiać się na jednej rzeczy i dopiero gdy osiągnę efekt zmianiam na inną. Tak było z remontem.
Chciałem zwiększyć jednocześnie funkcjonalność i estetykę pokoju, pogodzić to z nowymi trendami a wśród nich wybrać rzeczy dobrze zaprojektowane i ponadczasowe. Zabawne jak można ze sprawy w gruncie rzeczy prostej zrobić wyzwanie pełne dylematów a przyjemne wybory uczynić poważnymi rozważaniami...
W skrócie powiem, że stanęło na białej meblościance (Besta IKEA), białych lekko różowawych ścianach (Dulux Perłowy Świt), jasnoszarym wełnianym nakryciu łóżka i zasłonach z niebarwionego płótna. Proste, nierzucające się w oczy rzeczy a np. policzyłem, że obejrzałem dokładnie asortyment trzech dużych centrów meblowych i kilkadziesiąt meblościanek w necie (z dostępnych ok. tysiąca). Na szczęścię już skończone, można mieszkać i o wszystkim zapomnieć a minimalistyczne otoczenie nie kusi do rozważań typu: czy to na pewno dobry odcień.... W dobrym wnętrzu człowiek zapomina o jego istnieniu i skupia się na sprawach naprawdę ważnych.
A takich trochę się uzbiera. Od początku naszej znajomości Misiakos wszelkimi znanymi sobie sposobami perswadował mój powrót na niedokończone studia. Muszę przyznać, że sytuacja diametralnie się zmieniła i coś co wydawało mi się kosmosem jest coraz bliżej. Gdy tylko obaczył, że taką opcję zaczynam rozważać sam zadzwonił do dziekanatu i okazało się, że nie będzie problemu.
Jestem Ci Misiako niesamowicie wdzięczny bo tylko ta perspektywa daje jakąs nadzieję - na wyrwanie się z wszelkiego typu fabryk korporacyjnych, które tak naprawę niewiele się od siebie różnią. OK, wiem, że studia same w sobie niewiele mogą pomóc. Przekonałem się o tym dawno temu i wszedłem na rynek pracy kilka lat przed rówieśnikami. Byłem dumny z siebie gdy na spoktaniu z moją klasą z liceum byłem wśród może trzech osób ze stałą etatową pracą i zarobkami powyżej średniej krajowej. Z biegiem czasu jednak przekonałem się, że to pułapka.
Abym mógł zacząć studiować potrzebuję po pierwsze czasu w ciągu roku a po drugie funduszy. I tu jest w tej chwili pies pogrzebany.
Mam czas do konca września na zarobienie sumy, któa będzie towarzyszyła mi przez kolejnych 10 miesięcy. Zostałem przyjęty do starej firmy na umowę zlecenie na pewne stanowisko, ze sporymi wymaganiami odnośnie pracy ale też sporymi zarobkami. Posiedziałem tam kilka dni obserwując pracę innych aż tu nagle okazało się, że kadry nie chcą się zgodzić na mój powrót. Ot tak.
Na nic się zdały interwencje mojego nieoszłego przełożonego czy kierownika oddziału. W końcu sam do tych kard zadzowniłem a rozmowa była co najmniej dziwna. Dowiedziałem się, że nie po to dostałem niemałą odprawę, żeby po miesiącu od ustania stosunku pracy wracać na zlecenie (!).
Czyli co - lepiej siedzieć w domu :) A tak wogóle to one teraz szykują sporą grupówkę (zwolnienia grupowe) i się boją, że jeśli mi pozwolą wrócić to zaraz wszyscy będą chcieli (ooo na pewno!!! już widzę te tłumy powracających). Najlepiej się wypiąć tak? Ponarzekać na niesprawiedliwość i szukać szczęscia gdzieś indziej. Tak robi większość osób, nawet zwolnionych z własnej winy.
Nie wdając się w szczegóły ja do końca swojej pracy miałem dobre wyniki ale z racji restrukturyzacji oddział, w którym pracowałem przeniesiono do innego miasta dając mi do wyboru przeprowadzkę lub dobrowolne odejście z odprawą.
Jeśli zostałem niedługo potem przyjęty do innego działu znaczy tylko, że umiem się szybko dostosować do zmian. Z ich neoliberalnego punktu widzenia - sytuacja idealna, pracownik sam sobie znajduje miejsce gdzie jest potrzebny i pracuje dalej jakby nigdy nic. Ale nie, bo to jest neoliberalizm wybiórczy - z jednej strony hasło "cała firma na zleceniu" i rozszerzanie tej formy zatrudnienia do coraz wyższych stanowisk w miejsce likwidowanych etatów (z niecierpliwością czekam, aż same panie z kadr przerzucą się na tę formę zatrudnienia :)) ale z drugiej masa wewnętrznych regulacji krępujących ręce na każdym kroku wyjmowanych jak as z rękawa na zasadzie: my (firma) robimy co chcemy bo neoliberalizm, deregulacja, kryzys itp. a Ty masz robić dokładnie tak jak chcemy bo na kązdym kroku znajdzie się jakiś paragraf z regulaminu. Powodzenia.

piątek, 20 stycznia 2012

Wyjście

Tak mili państwo, mimo nie sprzyjających warunków atmosferycznych wyszedłem dziś z domu. Umówiłem się z koleżankami z byłej/obecnej pracy (no bo nadal na papierze jestem pełnowymiarowym etatowcem).  Jak to określił te nasze spotkania Misiakos - konszachty z dziewczynami.  Musiałem się spieszyć - obudzony o 14stej szybko ubrałem się, wyszedłem z piechami i bez śniadania poleciałem do metra.
Były wspominki, szczególnie ex przełożonej, którą zgodnie uważamy za najbardziej zjawiskową postać na naszej drodze życia - niekoniecznie w pozytywnym sensie.

Jej teksty - choćby "malutkiego" bo tak lubiła zwracać się mężczyzn. Tęsknie kiedy pomyślę, że któregoś dnia zasiądę znów za biurkiem. Będę miał normalnego przełożonego, który wie na czym polega moja praca (ehhhh) i w dodatku sam robi coś więcej niż wysiadywanie na Sympatii, względnie kawa i obgadywanie z przyjaciółką potencjalnych gachów - "dup", tak żeby cały open space mógł usłyszeć kto jest na tapecie.
Posiedzieliśmy tak w wirze plotek na piętrze w Galmoku, potem jeszcze musiałem zjeść śniadanie i zaprowadziłem naszą grupę do fast foodu.
Monia wymyśliła sobie, że powinienem wziąć ślub z Misiakiem - no bo one są wszystkie już po ślubie i tylko ja odstaję. No właśnie - mogę to za dużo powiedziane.Żarty żartami ale zacząłem się na poważnie zastanawiać cy dałoby się zrobić coś pośredniego.
Swego czasu czytałem trochę o parach, które związały się za granicą i mieszkają w Polsce. Nikomu nie polecam. Albo zmienią się przepisy albo zrobimy coś pośredniego. Tylko w przypadku jednej i drugiej opcji pojawia się pytanie - kiedy?
Na zmiany w prawie raczej się nie zapowiada. A co do nieoficjalnego kameralnego ślubu? Po pierwsze kiedy? Jakie wydarzenie miałoby być bodźcem do takiego ślubu? Gdzie z kim i jak.No i przede wszystkim - po co? Czy taka niby ceremonia wniesie coś poza jeszcze jednym potwierdzeniem, że się kochamy? Widzę to na każdym kroku. Czy dzięki niej będziemy bardziej akceptowani jako para? Raczej tak samo. No i wreszcie - w c się na taki ślub ubrać... Osoby, które mnie znają wiedzą, że prędzej czy później to ostatnie zdominowałoby przygotowania do ceremonii a jeszcze długo po rozważałbym warianty - czy nie lepiej było założyć tamto, siamto...
Póki co liczę, że przyjdzie taki moment, że będzie można dokonać takiego aktu niosącego za sobą konsekwencje prawne. A inne formy - poza chwilowym poczuciem się dobrze przy sporej dawce małpowania par hetero - raczej nie wniosą nic więcej poza samą impreza.
Pytanie czy tak czy nie ciągle uważam za otwarte - może życie podsunie samo pomysł?

wtorek, 17 stycznia 2012

Poniedziałkowe lenistwo i noc ostatnia

Siedzę tak teraz z tą kawą i robię miśkową prezentację. Codziennie liczę, że to już koniec ale nie... Kto powiedział, że będzie łatwo. W ramach urozmaicienia i tu skrobnę.
Obudziłem się później niż zwykle, wstałem z łóżka ale w radio nie było muzyki. Za to dzowniła U., za trzecim razem odebrałem. Nie mogę być taki okropny bo któregoś dnia telefon zamilknie na zawsze. Okazało się, że musi kupić chłopakowi ciepły dres na zimę. Zaproponowałem, żebyśmy poszli do outletu. Bardzo dobry znajduje się niedaleko mojego domu. I tym sposobem mogliśmy się spotkać. W klepie widziałem sporo - może aż za sporo - rzeczy dla mnie. Takie buty i takie i inne :D. Na szczęście akurat dziś nie miałem budżetu na buty choć jedne czarno-srebrne nike prawdopodobnie kiedy budrzet - pensja stycziowa - się pojawi pędem nabędę.
Później wpadliśmy na cheeseburgera. No i domek. Mam wrażenie, że robię wszystko, żeby tylko nie zabrać się do roboty, na któą czeka Miś... Przeczytałem historię (uwaga) meblarstwa. Akurat śledząc tą (skądinąd bardzo ciekawą) stronę znajomy napisał na FB. Myślał, że żartuję, kiedy napisałem co robię. A ja naprawdę zaczytywałem się historią meblarstwa! :D
Potem doszedłem do wniosku, że zmienił mi się gust meblowy i gdybym dziś urządzał pokój wszystko byłoby inaczej. Nie byłoby może w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że ostatni wystrój powstawał w drugiej połowie ubiegłego roku ;) Poprzednio miało być nowocześnie w duchu estetyki lat 60-80 trochę prlowsko...

Teraz zrobiłbym nowocześnie ale we współczesnym rozumieniu, dużo skromniej, wręcz skarajnie minimalistycznie z brzozowym drewnem i bielą...Przyznaję się, że uległem designowi japońskiemu a w szczególności jego komercyjnej formie  ze sklepu MUJI. Tak to głupio jest człowiek skonstruowany, że kiedy nie ma nic dąży do zdobycia jak największej ilości rzeczy, później rzeczy pasujących do siebie, dobranych pod konkretną wizję a na końcu teskni za brakiem, minimalizmem- i koło się zatacza.


Na koniec stwierdziłem, że dałem się złapać w szpony niekontrolowanej konsumpcji i mam nie do końca równo pod sufitem.

Fajna stronka z historią designu i meblarstwa:
http://www.historiasztuki.com.pl/90_DESIGN_STORY.html

MUJI - ktoś porównał do japońskiej ikei ale po pierwsze dużo skromniej a po drugie ceny też dla japończyków:
http://www.muji.com.pl/

sobota, 14 stycznia 2012

Biała noc

Prawie cała noc zeszła mi na robieniu Miśkowi prezentacji. Chwileczkę... nie tyle robieniu co zbieraniu się do robienia. Aby urozmaicić czas odpaliłem sobie gg i okazało się, że tylko ja nie śpię. Napisałem się z D. za wszystkie czasy a już na pewno za ten ponad miesiąc przerwy kiedy nie miałem internetu. Kącik porad sercowych ale bardzo się cieszę kiedy mogę kogoś pocieszyć albo chociaż uprzedzić. Wiadomo- jeśli sam mam przerobiony w życiu pewien temat i widzę, że inna osoba przeżywa dokładnie to samo mogę powiedzieć co było dalej w moim przypadku. Choć może każdy musi sam to przerobić. A mi łatwo tak siedzieć wygodnie na sofie i słać komunikatorem złote myśli kiedy czasy złamanego serca, jednostronnego uczucia coraz bardziej jawią mi się jako coś bardzo dawnego, prawie baśń. Pytanie czy rzeczywiście diametralna zmiana sytuacji była moją zasługą czy po prostu w pewnym momencie przyszedł już czas na relację spełnioną, a taką jest związek z Misiakosem.
Tak czy inaczej wstawanie nie było lekkie a dziś czeka jeszcze więcej pracy. Przede wszystkim muszę wyjść do mojej roboty dorywczej. Siedzę tak teraz i szukam motywacji do ruszenia szanownych czterech liter z wyra. Pora na mocną kawę i tajną broń na wstawanie - piosenkę z "Kleksa w Komosie" :D.To jeden z najbardziej energetycznych utworów jakie odkryłem w ostatnich miesiącach.

piątek, 13 stycznia 2012

Gracjan powrócił

Na pewno pamiętacie... Coś mi się wydaje, że to była pierwsza (albo jedna z pierwszych na taką skalę) polska postać wykreowana na YouTube.
Latem 2008 roku poszliśmy ze znajomymi na ognisko do Powsina i kolega P. po kilku piwach śpiewał w lesie "Gratkę w błotku" czy inne dzieła z repertuaru Gracjana. To jest zdarzenie, dzięki któremu mogę w przybliżeniu określić kiedy przypadał szczyt sławy Gracjana.

Gracjan wrócił na karnawał 2012... Bardziej komercyjnie. Moja siostra pokochała tą piosenkę i puszcza codziennie po powrocie z pracy. Dla pozytywnego kopa i poprawy humoru - o to chodzi!. Sprawy bardziej etyczne związane z internetowymi gwiazdami/ofiarami zostawię może na inny czas.

Zaraz i ja zapuszczę na amatorku bo muszę Misiakowi pomóc w robieniu jednej prezentacji a najchętniej bym pospał :) Zabawa, zabawa trwa :P

wtorek, 10 stycznia 2012

No i nie posiedzę w domu

W pażdzierniku straciłem pracę. Faktycznie bo formalnie nadal jestem zatrudniony ale zwolniony z obowiązku świadczenia pracy :) Zabawne, że firmie bardziej opłaca się, żebym się w niej nie pojawiał. Może za dużo kawy piłem, cukier też drożeje nie mówiąc o ogrzewaniu. Fakt, że nie moge podjąć innej pracy do końca stycznia. W sumie w tym siedzeniu w domu zacząłem coraz lepiej się odnajdywać - chyba nie za dobry znak?
Kilka dni temu zrobiłem sobie konto na pracuj. Póki co tak dla picu - niech będzie. Z ciekawości co się stanie w piątek kliknąłem aplikuj na stanowisko w jednym z banków. W poniedziałek już dostałem telefon. Okazało się, że jak w tej reklamie społecznej - mam dobre referencje i mimo braku mile widzianego wyższego wykształcenia doświadczenie zawodowe mówi samo za siebie. Ledwo się zorientowałem co się dzieje a już mam lądować na dywaniku u być może- przyszłego dyrektora...
Sam nie wiem czemu ale trochę się boję. Jakoś nie nastawiałem się psychicznie na wir rozmów kwalifikacyjnych. Boję się przede wszystkim tego co mnie czeka na samej rozmowie a nie czy się dostanę... Tak dziwnie moja dotychczasowa "kariera" się układała, że mam na koncie tylko jedną rozmowę kwalifikacyjną :) A po niej wiele lat pracy w tej samej firmie. W międzyczasie słyszałem od znajomych o coraz bardziej wyrafinowanych sposobach rekrutacji, jakichś scenkach czy przedsięwzięciach przypominających zadania z reality shows. Właśnie boję się tego zderzenia. Moje "neoperelowskie" podejście kontra nowoczesne metody rekrutacji i  stali bywalcy takich wywiadów mający te wszystkie tricki w małym paluszku.
Pociesza jedynie fakt, że pracować nie muszę teoretycznie do wakacji a każdy zarobiony w tym czasie grosz będzie miłym dodatkiem. Jeśli zamiast dyrektora i miłej pani kadrowej ujrzę kamerę i przebierańców wiem, że nie muszę się w to bawić.

sobota, 7 stycznia 2012

Disco Polo

Synonim szczytu obciachu w czasach boomu popularności. Warto wiedzieć, że nadal ta muzyka funkcjonuje i z dala od miasta "rządzi" w dyskotekach. Z braku nowych, ciekawych dla mnie polskich produkcji i wyczerpaniu repertuaru staroci postanowiłem zobaczyć co ciekawego dzieje się w naszej poczciwej twórczości tanecznej.
Pierwszą sprawą jaką zauważyłem jest pewien podział. Część zespołów discopolowych nadal gra tak jakby były lata 90., zero zainteresowania tym co dzieje się choćby w tej najbardziej kiczowatej muzyce europejskiej. Nawet stroje gwiazd żywcem wyjęte z końca lat 90. Drugi "nurt" przeciwnie - szybko podłapuje trendy, słychać wyraźnie wpływy electro house czy europejskiego dance. Zastanawiać się można czy to ciągle disco polo czy już po prostu polska muzyka taneczna nie najwyższych lotów.
Najciekawsze są dla mnie remiksy starych piosenek, kanonu disco polo z czasów boomu. Zderzenie charakterystycznych melodii muzyki chodnikowej z elementami współczesnymi"


A tu dla odmiany "nowoczesne" disco polo":


Powstają też teledyski, choć poziom ten sam co za czasów Shazzy... Pełna dosłowność. Kiedy wokalistka śpiewa "gorzką kawę piję dziś" obowiązkowo w teledysku przechyla filiżankę a na twarzy pojawia się grymas :D

piątek, 6 stycznia 2012

Jak się widzą zakochani?

W Nowy Rok Misiako miał wybrać film do wspólnego ogądania. Poprosiłem żeby to było coś co szczególnie lubi. Padło na film o II Wojnie Światowej. Nie sama fabuła jest ważna. 
Kiedy tylko na ekranie pojawił się Jude Law Misiako zaczął doszukiwać się podobieństw ze mną. Wyszło na to, że mniej więcej tak mnie widzi. Serce potrafi robić psikusy choć On będzie się upierał, że to postrzeganie Kociej fizyczności jest jak najbardziej obiektywne.
Złapałem się na tym samym kilka dni później. Przeglądałem bieliznę w sklepach internetowych. W jednym z nich trafiłem na modela, który łudząco przypomina mi Misiaka. Jest tylko odrobinę bardziej przypakowany, za to Misiakoso ma inne brwi, coś w typie Colina Farrella i identycznie je unosi przy różnych okazjach... aaaa i jeszcze ładniejsze oczy...

No tak... ;)